























14.08.2007 wtorek
(Balatonlelle - Kesthely - Héviz)
Jedziemy wzdłuż południowego brzegu Balatonu. Wszystkie miejscowości zlewają się w jedną, wyglądają identycznie. Przy skręcie na Kesthely korek,
spowodowany jakimś wypadkiem. Na szczęście szybko się orientujemy, jedziemy dalej prosto i jadąc bocznymi drogami, unikamy długiego stania. Robimy
krótki postój na zwiedzanie Kesthely.
Usiłuję wymienić pozostałe mi serbskie dinary, jednak nigdzie ich nie przyjmuję. Oglądamy kościół franciszkański, a następnie głównym deptakiem
miasta, otoczonym ciekawymi kamieniczkami, udajemy się ku pałacu Festeticsów. Przejeżdżamy jeszcze kilka kilometrów, zatrzymując się w
najsłynniejszym kurorcie Węgier - Héviz. Sławę zawdzięcza uzdrowisku, zbudowanemu przy największym (4,4 ha) w Europie, termalnym jeziorze.
Głębokość jego dochodzi do prawie 40 m, a temperatura wody wynosi od 24 st.C w zimie do 36 st. C latem. Jezioro porośnięte jest liliowymi lotosami
indyjskimi. Na jeziorze zbudowane są pomosty i pawilony, unoszące się nad wodą. Wielu ludzi nigdzie nie pływa, tylko moczy się w wygrodzonych w
głównym pawilonie basenach, trzymając się brzegu i na sygnał dźwiękowy przesuwa się metr dalej. Wracamy do brzegu. Trzeba przyznać, że pływanie w tak
ciepłej wodzie jest dość męczące.
15.08.2007 środa
(Héviz - Tihany - Balatonfüred)
Jedziemy wzdłuż północnego brzegu Balatonu, zatrzymując się we wiosce Tihany, położonej na półwyspie o tej samej nazwie. Mimo, że półwysep ma tylko
5 km długości i 3 szerokości, znajdują się na nim małe jeziorka powulkaniczne. Pod posadzką kościoła z XVIII w znajdują się pozostałości kościoła,
pochodzącego z czasów początku chrześcijaństwa na Węgrzech. Obecny kościół jest jednym z najpiękniejszych przykładów baroku na Węgrzech. Część
wioski stanowi skansen, gdzie można kupić tutejsze wyroby ceramiczne. Ciekawostką we wsi stanowi paprykowy dom , którego całe ściany obłożone są
czerwona papryką. Na nocleg zatrzymujemy się na kolejnym wielkim kempingu w Balatonfüred.
13.08.2007 poniedziałek
(Magyarhertelend - Balatonlelle)
Na szczęście załamanie pogody okazało się być chwilowe. Ruszamy nad Balaton, zatrzymując się na kempingu - molochu. Kąpiel w Balatonie jest bardzo
utrudniona, gdyż mimo ciągłego oddalania się od brzegu, wciąż obija się kolanami o dno. Ponadto woda nie należy do najczystszych. Nasz namiot powoli nie
wytrzymuje próby czasu. Od czasu do czasu pękają w nim pałąki podtrzymujące. Na szczęście mam kilka rezerwowych. Cóż swoje lata już ma, a jest ciągle
składany i rozkładamy. Rzadko miał okazję stać w jednym miejscu dłużej niż jedną noc.
11.08.2007 sobota
(Palic - Subotica - Baja - Pecs - Magyarhertelend)
Jedziemy do pobliskiej Suboticy. Centrum miasta wygląda dość ciekawie, choć widać, że mimo, że prace przy renowacji zabytków się toczą, to z powodu
braku pieniędzy na ten cel, może to jeszcze dość długo potrwać. Po jednodniowym pobycie w Serbii wracamy na Węgry. Pierwszy postój robimy w Baji,
słynącej na Węgrzech, jako stolica halaszle - tradycyjnej zupy rybnej. Na początku lipca na największym placu miasta Szent-haromsag ter, pojawia się tu
2 tysiące kociołków, w których gotuje się tę zupę. Następny etap to miasto, które zrobiło na nas chyba najlepsze wrażenie, czyli Pecs. Rozpoczynamy od
otoczonego bardzo ładnymi budynkami głównego placu - Szechenyi ter. Góruje nad nim kościół parafialny dżami Gazima Paszy.Pełni on obecnie funkcję
świątyni ekumenicznej. Ołtarz z jednej strony ma charakter, jaki występuje w kościołach katolickich, z drugiej, taki, jak w prawosławnych, z fragmentem
ikonostasu. Oprócz elementów chrześcijańskich, występują tu typowe pasiaste zdobienia, występujące w meczetach. Jest tu także mihrab, czyli wnęka
skierowana na Mekkę, przy której stoi chrzcielnica. Na kopule znajduje się krzyż, umieszczony nad półksiężycem. Następnie spacerujemy po ulicach miasta
i wracamy się ku katedrze św. Piotra. Z racji soboty, masowo udzielane są tam śluby. Co około 15 minut nowa młoda para opuszcza katedrę. Korzystając z
zamieszania przy wyjściu, udaje nam się na chwilę zajrzeć do środka. Jedziemy dalej. Na nocleg zatrzymujemy się na kempingu w małej miejscowości
Magyarhertelend. Czujemy się tam, jakbyśmy znaleźli się w innym kraju, a nie na Węgrzech. Jesteśmy jedynymi Polakami, reszta gości (około 20
samochodów) to ... Holendrzy. Jedziemy do centrum wioski. Odbywa się tam jakiś lokalny festyn, z występami węgierskiego zespołu country. Wieczorem
widać, że coś niedobrego dzieje się z pogodą.
10.08.2007 piątek
(Kecskemét - Szeged - Palic)
Ruszamy na południe, jadąc do Szeged. Zatrzymujemy się na krótko na centralnym placu śródmieścia, gdzie znajduje się ratusz, a następnie podjeżdżamy w
pobliże katedry, skąd rozpoczynamy spacer po centrum, idąc przez otoczony ładnymi kamieniczkami plac Klauzul ter, kierujemy się ku Nowej Synagodze.
Niestety, nie trafiamy na godziny jej otwarcia dla zwiedzających, zadawalamy się obejrzeniem z zewnątrz, tej ponoć jednej z najpiękniejszych synagog na
Węgrzech. Wracając do samochodu przechodzimy obok najbardziej oryginalnego budynku w mieście - Reők-palota, o dziwnej , falowanej linii fasady.
Opuszczamy niezbyt ciekawy Szeged i przekraczamy granicę z Serbią. Wkrótce zjeżdżamy do opisywanej w naszym przewodniku, jako uzdrowiska
miejscowości, Palic, gdzie z pewnymi problemami znajdujemy położony w pobliżu jeziora mały kemping. Niestety, okazuje się, że w jeziorze nie można
specjalnie popływać. Spotykamy się tu z iście słowiańską gościnnością. Na kempingu przebywa czterech studentów z niedalekiego Nowego Sadu.
Obserwujemy ich, jak przez parę godzin gotują coś w wielkim kotle. Wieczorem zapraszają wszystkie, przebywające na kempingu osoby i recepcjonistkę
(razem jest nas chyba 12) na przygotowaną przez nich zupę fasolową z wkładką w postaci dużego kawałka kiełbasy. Sporo sobie gawędzimy. Narzekają, na
spowodowaną przez wojny na Bałkanach, izolację ich kraju. Przyznają, że wojny te nie były nikomu potrzebne. Niestety, jak wiemy o takich sprawach
decydują niestety politycy, a nie zwykli ludzie.
9.08.2007 czwartek
(Kecskemét - Bugac - Kecskemét)
Jedziemy do położonej na puszcie wsi Bugac, która znana jest z odbywających się tam pokazów konnych, organizowanych dla turystów. Do miejsca, gdzie
one odbywają można podjechać przeznaczonymi do przewozu ludzi furmankami lub dojść na piechotę. Wybieramy ten drugi, tańszy wariant. Najbardziej
zachwycony jest Bajtek, który swobodnie biega, mając wokół siebie wielokilometrową pustą przestrzeń. Docieramy do miejsca, gdzie odbywają się pokazy.
Jeźdźcy, zwani czikoszami, ubrani w białe szerokie spodnie, białe koszule i kamizelki prezentują pokaz tresury koni i osłów, a także gonitwy i zabawy.
Sielski obraz pokazu uzupełniają wypuszczone w tle stada pasących się krów. Po południu udajemy się do kompleksu basenowego, gdzie wśród wielu
basenów znajduje się tę basen termalny.
8.08.2007 środa
(Eger - Kecskemét)
Rankiem rozpoczynamy zwiedzanie Egeru. Zostawiamy samochód przy kościele Franciszkanów i ruszamy w kierunku Bazyliki. Następnie Alina i Piotr
udają się do położonego naprzeciw zabytkowego obserwatorium astronomicznego, a ja zostaję z Bajtkiem. Ciekawostką jest tam zegar prochowy, który
oznajmiał południe wystrzałem armatnim, wywołanym przez skupione w soczewce promienie słoneczne, które podpalały lont. Następnie udają się na pokaz,
gdzie przy pomocy camery obscura, z ruchomym układem optycznym można zobaczyć różne fragmenty miasta. Spacerujemy ulicami egerskiej starówki,
przechodząc koło samotnego 40m minaretu (meczet już nie istnieje). Dochodzimy do murów zamku i idąc przez główny plac miasta Dobo ter, przy którym
stoi okazały kościół Minorytów i ratusz oraz dwa, często widywane na Węgrzech pomniki, nawiązujące do walk narodowo- wyzwoleńczych, wracamy do
samochodu. Przejeżdżamy dość spory kawałek do Kecskemétu, zatrzymując się na położonym na obrzeżach miasta, obok kompleksu basenowego,
kempingu. Wieczorem podjeżdżamy do bardzo ładnego centrum miasta, które jest odbiciem wielowyznaniowego tygla, jakim były Węgry. Przy głównym
placu miasta oprócz ratusza, znajduje się Nagytemplom - kościół parafialny zwany Wielkim, kościół św. Michała, zbór kalwiński, a kawałek dalej
mauretańska synagoga, w której obecnie mieści się Pałac Nauki i Techniki. Naprzeciw synagogi stoi najsłynniejszy budynek miasta - Cifrapalota, czyli
Zdobny Pałac. Bardzo ciekawie wygląda fantazyjna fasada, ozdobiona motywami kwiatowymi, z oknami o nietypowych kształtach. W mieście trwa chyba
jakiś festiwal wina, gdyż w dużej ilości małych straganików można zakosztować tego specjału.
7.08.2007 wtorek
(Kosice - Miskolc - Lillafüred - Eger )
Ruszamy w kierunku granicy z Węgrami. Pierwszym przystankiem jest Miszkolc. Nie jest to jakieś ciekawe miasto. Robimy rundkę po centrum, wstępując
do znajdujących się tam kościołów. Najcenniejszym zabytkiem jest ponoć grecka cerkiew Trójcy Świętej. Niestety na bramie wejściowej wisi ogromna kłódka.
Spacer kończymy przy położonych przy promenadzie spacerowej, niedaleko wzgórza Avas, termach Elżbiety, przypominającej pałac budowli. Następnie
przejeżdżamy do położonej nieopodal miejscowości wypoczynkowej Lillafüred. Schodzimy w dół, drogą położoną w wąwozie, obok bardzo ładnego
Palataszallo, dużego neogotyckiego zamku z wysoką wieżą, pełniącego obecnie funkcję hotelu, kierując się ku jaskini Anna-barlang. Po drugiej stronie drogi
leży jezioro Hamori. Jaskinia ma kręte korytarze ozdobione koronkowymi skamielinami mchów, liści i gałązek. Mimo, że grupa zwiedzających jest
międzynarodowa, przewodniczka mówi tylko po węgiersku i przekonujemy się, że naprawdę w tym języku trudno jest cokolwiek zrozumieć. Obok jaskini
ma znajdować się 20 m wodospad, jednak chyba upalne lato sprawiło, że nie płynie tam ani kropelka wody. Jadąc dalej przez Góry Bukowe docieramy do
Egeru. Zatrzymujemy się na kempingu położonym w Szepassony-vőlgy czyli Dolinie Pięknej Pani, największym skupisku piwniczek z winem,
wydrążonych w miękkiej skale.
6.08.2007 poniedziałek
(Liptovsky Trnovec - Liptovsky Mikulas - Levoca -Spissky hrad - Kosice )
Zatrzymujemy się na krótko w Liptowskim Mikulasu, gdzie spacerujemy trochę po centrum, odwiedzając kościół św.Mikołaja i kupujemy winietkę na
słowackie autostrady. Po drodze okazuje się, że wiele odcinków, na naszej mapie pokazanych jako gotowe, jest jeszcze czasami w stadium bardzo wczesnej
budowy. Zatrzymujemy się w Lewoczy. Wstępujemy do bardzo interesującego barokowego kościoła Minorytów i podążamy na otoczony zabytkowymi
domami rynek, na środku którego stoi ratusz z podcieniami oraz kościół św. Jakuba ze słynnymi ołtarzami, wykonanymi przez Pawła z Lewoczy - ucznia
Wita Stwosza. Niestety jest tam zamknięte. Jedziemy jeszcze ku położonemu na górze kościołowi NMP, skąd rozciąga się widok na całą Lewoczę. Jedziemy
dalej na wschód. Po prawej stronie drogi pojawia się olbrzymi, położony na wysokim wzgórzu Zamek Spiski. Jest to największy zespół forteczny w tej
części Europy. Najstarsze jego fragmenty pochodzą z XI w. Mógł pomieścić około 2 tysiące ludzi. Wdrapujemy się na wzgórze. Zamek przypomina trochę
ten nasz, z Ogrodzieńca, jednak jest większy. Z racji swego położenia roztacza się z niego widok na okolicę. Jedziemy jeszcze dalej do Koszyc, których już
nie zwiedzamy, zatrzymując się jedynie na nocleg na kempingu.
Ponieważ od ostatniej naszej podróży upłynęło już pół roku, nie wytrzymujemy dłużej, by całe lato spędzić w domu i postanawiamy ruszyć trochę na
południe. Pomni doświadczeń sprzed dwóch lat z pogodą, gdy mniej więcej w tym samym czasie lało jak z cebra, nie planujemy, nawet z grubsza, trasy.
Bierzemy ze sobą mapy i przewodniki, począwszy od Słowacji, przez Węgry aż do Chorwacji, która jest planem awaryjnym na wypadek niepogody. Tym
razem po raz pierwszy towarzyszy nam w podróży najmłodszy członek naszej rodziny - piesek Bajtek. Po wszczepieniu chipa, otrzymuje bardzo
poważny paszport UE i może jechać z nami. Nawiasem mówiąc, tylko na jednej granicy poproszono nas o jego okazanie.
Słowacja, Węgry, Serbia 2007
5.08.2007 niedziela
(Łaziska Górne - Liptovsky Trnovec)
Koło 14.00 ruszamy z domu, jadąc przez przejście graniczne w Korbielowie na Słowację. Poza krótkimi przerwami, nigdzie się nie zatrzymujemy i
dojeżdżamy do kempingu, niedaleko Liptowskiego Mikulasa, położonego nad jeziorem - Liptowską Marą. Kąpiemy się, doznając sporej ochłody - woda ma
temperaturę, jakby spłynęła z jakiegoś lodowca.
12.08.2007 niedziela
(Magyarhertelend)
Od nocy leje deszcz. Po mszy w tutejszym kościele, robimy objazd okolicznych wiosek. Pogoda jednak nie zachęca nawet do wyjścia z samochodu.
Wracamy na kemping. Na szczęście obok mamy basen termalny, w którym się lokujemy, nie zważając na chłód i deszcz. Wieczorem trochę się przejaśnia -
jest nadzieja na jutro.
16.08.2007 czwartek
(Balatonfüred - Veszprém - Pannonhalma)
Odbijamy od Balatonu, kierując się na północ. Zatrzymujemy się na chwilę w Veszprem, przechadzając się tego urokliwego miasta. Przez środek miasta
ciągnie się strome skaliste wzgórze, na którym skupia się większość zabytków. Stromą brukową uliczką wędrujemy w górę od placu Ovaros ter przez
Bramę Bohaterów. Po drodze mijamy wstępujemy do kościoła Pijarów, mijamy Pałac Arcybiskupi dochodząc do placu przed katedrą. Na samym końcu
ulicy można podziwiać panoramę miasta ze skalną ścianą z dolepionymi do niej domami. Na nocleg zatrzymujemy się w małej wiosce Pannonhalma, słynącej
z olbrzymiego, założonego około 996 r opactwa benedyktyńskiego. Upał wyjątkowo daje się we znaki, więc pod klasztor podjeżdżamy dopiero późnym
popołudniem. Nie udaje nam się jednak załapać na zwiedzanie wnętrza. Schodzimy w dół przez arboretum założone przez zakonników. Na dole czeka nas
niemiła niespodzianka - zakonnicy zamknęli już bramę wyjściową. Ponieważ nie chce nam się wracać, decydujemy się na sforsowanie dość wysokiego
ogrodzenia.
17.08.2007 piątek
(Pannonhalma - Györ - Piest'any)
Ostatnim miastem, które zwiedzamy podczas naszego pobytu jest Györ. Mimo, że w pejzaż miasta wtopiło się wiele brzydkich betonowych budowli,
starówka jest bardzo ciekawa. Rozpoczynamy od barokowego kościoła św.Ignacego. Następnie przechadzamy się ulicami miasta w kierunku
Zamku Biskupiego. Na murze katedry odnajdujemy tablicę informującą o pobycie papieża Jan Pawła II.
Opuszczamy już Węgry. Zatrzymujemy się na kempingu w Pieszczanach. Jego infrastruktura nie zmieniła się chyba od lat 80-tych, od tego czasu nie
przeprowadzano tu też chyba remontów. Wszędzie widać socjalistyczne standardy. Pod wieczór jedziemy do centrum miasteczka. Jak na tak znane
uzdrowisko, spotyka nas spory zawód. Główna ulica spacerowa jakoś się jeszcze prezentuje, reszta nie sprawia ciekawego wrażenia. Wśród przechodniów
rzuca się w oczy sporo Arabek, które wyglądają na tutaj zamieszkałe.
18.08.2007 sobota
(Piest'any - Łaziska Górne)
Czyniąc po drodze weekendowe zakupu docieramy po południu do domu. Tym razem pogoda nam dopisała, co w naszej strefie klimatycznej w sierpniu nie
jest takie pewne. Po raz pierwszy podróżowaliśmy z naszym pieskiem i naprawdę nie było z tym najmniejszych problemów. Był bardzo szczęśliwy, że mógł
cały dzień z nami przebywać, ba, nawet spaliśmy w jednej budzie (namiocie). Po raz pierwszy zwróciliśmy uwagę, że na kempingach jest sporo
czworonogów. Węgry, które były głównym celem naszej podróży wydały nam się bardzo ciekawe i warte obejrzenia. Można tam również wypocząć,
korzystając z licznych kąpielisk termalnych. Miasteczka są bardzo zadbane i przyjemnie się po nich spaceruje.
Marek, Alina i Piotr Cebula