Indie 2009
fotogaleria
fotogaleria 
mapa
mapa podróży
Na wyprawę do Indii udaje nam się znów znaleźć współtowarzyszy podróży - Bogusię i Krzysztofa. W przygotowaniach nie jesteśmy więc osamotnieni, a 
zadanie nie jest łatwe. Rezerwujemy bilety w liniach Emirates z Frankfurtu do Delhi, z powrotem z Mumbaju. Już po rezerwacji biletów w Indiach, a konkretnie 
w Mumbaju dochodzi do dramatycznych wydarzeń, podczas których, w wyniku zamachów terrorystycznych zginęło 170 osób, a około 300 zostało rannych. 
Nie wycofujemy się jednak ze swoich planów. Teraz pozostaje dobrać trasę zwiedzania. Nie możemy pozwolić sobie na improwizację na miejscu, gdyż 
dysponujemy tylko czasem podczas wakacji zimowych ( z małą dokładką), zwiedzić chcemy jak najwięcej, a na końcu też trochę odpocząć. Ze względu na duże 
odległości zakładamy 3 przeloty wewnętrzne. Po wstępnym rozeznaniu decydujemy się na wynajęcie samochodu z kierowcą wraz z wyborem noclegów. 
Piszemy maile do paru firm, oferujących taką usługę, opisując, co chcemy zwiedzić. Wszyscy są bardzo elastyczni, dostosowują się do naszych wymagań i 
przestawiają szczegółowe oferty z programami zwiedzania i wybranymi hotelami. Po analizie decydujemy się na skorzystanie z usług Bhavya Holidays.
21.01.2009 środa 
(Łaziska Górne - Frankfurt ) 
Po 7.00 ruszamy z domu, zabierając po drodze z Mikołowa Bogusię i Krzyśka. Z początku jest dość mglisto i pada deszcz, po przekroczeniu granicy z 
Niemcami pogoda się poprawia, więc już koło 16.30 docieramy do celu, którym jest ten sam hotel BB, w którym zatrzymaliśmy się 2 lata wcześniej, gdy 
wyruszaliśmy do Tajlandii. 
22/23.01.2009 czwartek/piątek
(Frankfurt - przelot do Dubaju - przelot do Delhi) 
Podjeżdżamy na parking, skąd zawożą nas na lotnisko. Pierwszy etap lotu pokonujemy olbrzymim Boenigiem 777 300ER i przed północą lądujemy w Dubaju, 
gdzie mamy ponad 4 godziny przerwy, podczas której chodzimy po terminalu i trochę odpoczywamy, mając w perspektywie nieprzespaną noc, po której 
zamierzamy zwiedzać Delhi. Lotnisko w Dubaju robi wrażenie, jest bardzo nowoczesne, panuje tam wzorowy porządek. Po kolejnych 3 godzinach lotu jesteśmy
 już w stolicy Indii. Już na pierwszy rzut oka widać, że infrastruktura lotniska w Delhi odbiega od tej w Dubaju. Kontrola paszportowa zabiera trochę czasu, 
więc gdy podchodzimy do karuzeli z bagażami, te już na nas czekają. Zmierzamy do wyjścia, gdzie powinien przejąć nas kierowca. Nikogo nie ma, na szczęście 
okazuje się, że nieopodal jest drugie wyjście i tam już czeka na nas współtowarzysz podróży na kolejne 9 dni - Sunil. Pakujemy się do mogącej pomieścić 8 osób 
Toyoty Innovy. Do centrum jedziemy w ciągłym korku, zapoznając się z zasadami ruchu, obowiązującymi w Indiach, a raczej ich brakiem. Jak mówi Sunil, żeby 
przetrwać na drodze kierowca w Indiach powinien mieć 3 rzeczy - dobry silnik, dobre hamulce i rozum. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że on i jego 
samochód na szczęście posiadali te cechy, czego nie można powiedzieć o większości uczestników ruchu drogowego. O specyfice ruchu drogowego wspomnę 
jeszcze nie raz. 
Docieramy do hotelu i po krótkiej przerwie umawiamy się na zwiedzanie Delhi. Sunil prowadzi nas wpierw do położonego na sąsiedniej ulicy biura, załatwić 
resztę formalności.  Jego właściciel - Vikas, robi na nas dobre wrażenie, wszystko ma przygotowane, uczciwie rozlicza się z nami. Decydujemy się więc, by 
zaproponował nam także miejsce pobytu podczas ostatnich, wypoczynkowych dni w Goa. Po paru minutach wszystko jest załatwione, tak więc znika ostatnia 
niewiadoma, dotycząca naszego pobytu w Indiach.
Możemy już ruszać. Pierwszym punktem jest kompleks grobowców Zespołu Nizamuddina, z 
Mauzoleum Humajuna, które stanowiło inspirację dla 
budowniczych Taj Mahalu i rzeczywiście można dostrzec podobieństwa. Następnie jedziemy do 
świątyni Bahaistów. Jest to nowoczesna budowla w kształcie 
kwiatu lotosu wybudowana w latach1980-86, trochę podobna do gmachu Opery w Sydney.Kolejnym etapem jest odwiedzenie 
Jama Masjid (Dźama Masdźid), 
największego meczetu w Indiach. Po drodze oglądamy, tylko z zewnątrz  
Czerwony Fort. Meczet znajduje się w dzielnicy muzułmańskiej, określanej jako  
"mały Pakistan" . Możemy tu z bliska obejrzeć 
uliczki, na których panuje nieprawdopodobny bałagan, wszędzie walają się śmieci. Jak na jeden z ważniejszych 
punktów na turystycznej mapie Delhi, wrażenie jest fatalne. Spod meczetu musimy włączyć się do ruchu z podporządkowanej drogi. Mimo, że na skrzyżowaniu
 znajdują się światła, ich kolor nie ma najmniejszego znaczenia, gdy tylko znajdzie się kilkadziesiąt centymetrów wolnego miejsca, trzeba to wykorzystać i tak 
stopniowo wpychać się coraz dalej, tak więc wyjazd zabiera nam chyba z 15 minut. Następnie Sunil wiezie nas do dzielnicy, gdzie znajduje się 
Pałac 
Prezydencki
 oraz budynki rządowe. Niestety z powodu przygotowań do parady z okazji święta narodowego (26.01) dojazd w wielu miejscach jest już 
zablokowany, tak więc objeżdżamy gdzie tylko jest możliwe, oglądając wszystko zza szyb samochodu. Przejeżdżamy także obok  Bramy Indii . 
Kolejnym odwiedzanym miejscem jest świątynia Birla Mandir. Znana jest z tego, że jest jedną z pierwszych, w której nie obowiązywał podział kastowy,
 a w pierwszym nabożeństwie, jakie tu odprawiono, uczestniczył Mahatma Gandhi.
Już po zapadnięciu zmroku wracamy do hotelu. Idziemy jeszcze po raz pierwszy zapoznać się z kuchnią indyjską. Zamawiamy tali, czyli tacę z ryżem, chapati, 
naan - rodzajami chleba, a raczej placków, do których podawane są różne sosy i sałatki. Bardzo specyficzna jest obsługa, ubrana w regionalne stroje. W małej 
restauracji doliczamy się 4 kucharzy i 6 kelnerów, wpatrzonych w nasze talerze. Gdy tylko ubywa jakiejś potrawy, od razu zjawia się kelner, który to uzupełnia,
 chyba, że powiemy, że mamy już dość.
24.01.2009 sobota
(Delhi - Fatehpur Sikri - Agra) 
Dość wcześnie ruszamy z Delhi. W ogóle to nawet nie widać, kiedy opuszczamy to miasto, którego ilość mieszkańców szacuje się na 25 milionów. Nie wiadomo,
 czy to jeszcze przedmieścia Delhi, czy już inne miasto. Bezdomni śpią na swoich posłaniach, owinięci w jakieś szmaty. Palą na ulicach śmieci, ogrzewając się, 
gdyż temperatura w nocy wynosiła około 10 st. Wzdłuż drogi ciągną się sklecone z byle czego slumsy. Samemu ciężko byłoby wyjechać z tego kotła, 
drogowskazy występują sporadycznie. Droga oznaczona na mapie jako autostrada, nie ma z nią nic wspólnego, chyba tylko to, że są 2 pasy ruchu. Tak samo jak 
na innych drogach spacerują po niej krowy, jeździ mnóstwo rowerzystów i riksz, dziury w jezdni są miejscami ogromne. Krowy nie są jednak problemem, 
poruszają się powoli i są chyba najbardziej przewidywalnymi uczestnikami ruchu drogowego. Zjeżdżamy z tej głównej drogi jadąc do Fatehpur Sikri. Do 
kompleksu pałacowego nie można dojechać, trzeba skorzystać z jednej z licznych motoriksz. Fatehpur Sikri zbudowano w XVI w. Przez 14 lat było stolicą 
imperium Mogołów. Budowle, wykonane z
 piaskowca, o czerwonawym odcieniu, są bardzo misternie zdobione
Obok kompleksu pałacowego zwiedzamy jeszcze meczet Jama Masjid (Dźama Masdźid). Znajduje się tam  grób Salima Cisti czczonego mistyka. 
Odwiedzający grobowiec, wypowiadając prośbę 
zawiązują nitki na ażurowej ściance. 
Po południu docieramy do Agry. Po zostawieniu bagaży w hotelu, jedziemy pod
 Taj Mahal. Mamy do dyspozycji przewodnika. Bilety do Taj Mahal są drogie 
- po 750 rupii od osoby (około 50 zł). Gdzie indziej jest to 100 do 250 rupii. Ceny dla obcokrajowców są wszędzie 10 do 25 razy większe niż dla tubylców. 
Taj Mahal robi wrażenie, wszystkie 
zdobienia, które pozornie wyglądają na namalowane, inkrustowane są kamieniami szlachetnymi. Nasz przewodnik stara się 
pokazać nam wszystko trochę za dokładnie, więc gdy opuszczamy Taj Mahal, zaczyna się już szarzyć i 
fort w Agrze jest już zamknięty. Zadowalamy się 
obejrzeniem go z zewnątrz. W ramach  pakietu  mamy jeszcze wizytę w zakładzie zajmującym się wyrobem inkrustowanych wyrobów kamiennych, 
prowadzonych, jak nasz zapewniają, przez 
potomków budowniczych Taj Mahalu. Można tam obejrzeć wiele pięknych przedmiotów. Zaproponowano nam 
zakup marmurowego,
 inkrustowanego stołu za 9 000 dolarów z transportem do Polski. Nie daliśmy się namówić - nie pasował do naszych wnętrz ;-) 
25.01.2009 niedziela
(Agra - Orcha) 
Jedziemy dalej na południe. Podczas przejazdu przez jakieś miasteczko, mamy bardzo nieprzyjemne zdarzenie. Zza autobusu wprost pod koła naszego 
samochodu wybiega chłopiec z plastikowym krzesłem w rękach. Sunil nie ma najmniejszych szans, potrąca go. Na szczęście całą siłę uderzenia przejmuje krzesło.
 Od razu zbiera się grupa ludzi, jednak chłopcu na szczęście nic się nie stało i możemy jechać dalej. Widać, że nasz kierowca jest bardzo przejęty i zatrzymuje się 
przy pierwszej napotkanej świątyni, by podziękować swoim bogom, że tak się to skończyło. Zatrzymujemy się na chwilę by choć z daleka obejrzeć twierdzę 
Sankar, położoną na wzgórzu w okolicach Jhansi (Dźhansi). Docieramy do Orchy, zatrzymując się w bardzo ładnym ośrodku z basenem, składającym się z 
małych domków, położonych nad
 Betwą. Orcha jest małym miasteczkiem, zabytki są blisko siebie, więc przyjemnie się ją zwiedza. Idąc w kierunku pałacu 
Jahangiri Mahal, przechodzimy koło rewelacyjnie wyglądającej  
kawiarenki internetowej , mieszczącej się skleconej budce oraz  zakładu fryzjerskiego , 
zlokalizowanego przy drzewie. Na moście dochodzącym do pałacu siedzi  
święty mąż , którego mamy okazję spotkać także później nad Betwą oraz przy jego 
domostwie, które stanowi dziupla drzewa i sklecony przy niej namiot. 
Pałac w Orchy prezentuje się bardzo ładnie, choć widać na nim brak ręki 
konserwatorskiej. Jest to budowla wielokondygnacyjna, z ponad setką komnat. Z pałacu widać reszty budowli, położonych w niedużej odległości od Betwy, 
które pozostały z dawnej zabudowy miasta. Wracając przechodzimy przez targ, kupujemy owoce i oglądamy 
świątynię Chaturbuj (Ćaturbhudź). Nieopodal 
naszego ośrodka można jeszcze zobaczyć parę 
cenotafów poświęconych władcom Orchy.
26.01.2009 poniedziałek
(Orcha - Khajuraho - Orcha) 
Jak na warunki indyjskie mamy sporo do przejechania. Średnia prędkość na trasie wynosi około 40 km/h, na więcej nie ma co liczyć. Ruszamy więc jeszcze przed
 świtem. Po raz pierwszy mamy do czynienia z jazdą po ciemku, a jest to prawie ekstremalne doznanie. Wszystkie samochody używają wyłącznie długich 
świateł. Wiele
 ciężarówek nie posiada w ogóle oświetlenia z tyłu, przepraszam, lampy są często namalowane farbą. Te, które je posiadają, przeważnie mają je 
zasłonięte drabinką, składającą się z przyspawanych płaskowników. Oczywiście, że motorowery i rowery, których jest masa, na ogół nie posiadają żadnego 
oświetlenia, a jeżdżą zarówno we właściwym kierunku, jak i pod prąd. Na poboczu widać ludzi, załatwiających swoje podstawowe potrzeby. Częstym 
widokiem są ludzie, wędrujący z jakimiś dzbanuszkami. Pytamy Sunila, co w nich niosą. Okazuje się, że wędrują po wodę, potrzebną do codziennej toalety. 
Pojemność dzbanuszków jest zróżnicowana niekiedy nie przekracza chyba 200 ml. 
Koło południa docieramy do Khajuraho. Na głównej ulicy trwa akurat parada, z okazji święta narodowego. Świątynie w Khajuraho zlokalizowane są w paru 
miejscach. Zwiedzanie rozpoczynamy od 
Grupy Zachodniej. Świątynie powstały od IX i XI w. Największą z nich jest świątynia Kandarija Mahadewa. 
Świątynie są niezwykle bogato 
ozdobione. Figury bogów, bestii, wojowników, tancerek, muzykantów oraz liczne sceny erotyczne , z których świątynia 
słynie, znajdują się zarówno na fasadzie, jak i wewnątrz. Jako chyba jedyni z  białasów , zwiedzających akurat świątynię, stanowimy także atrakcję, zwłaszcza 
panie, które są fotografowane z zarówno na prośbę z różnymi grupami, jak i często znienacka. Po wyjściu znów mijamy się z barwnym tłumem uczestników 
parady. Nad rzeką możemy zobaczyć wielu ludzi, poddających się 
rytualnemu obmyciu. Wracamy do samochodu i podjeżdżamy pod drugą grupę świątyń. Są 
one bardzo podobne w charakterze do tych pierwszych. Wracamy do Orchy, poświęcając resztę dnia na wypoczynek.
27.01.2009 wtorek
(Orcha - Kota) 
Ruszamy do Koty. Znaczna część trasy prowadzi nową, dwupasmową drogą, która w niektórych miejscach nie jest jeszcze skończona. To, że wyznaczone są 2 
pasy ruchu, nie zmienia faktu, że samochody, szczególnie ciężarówki jeżdżą także pod prąd, migając jeszcze światłami by usunąć się im z drogi. Gdyby na 
indyjskich drogach postawić europejskich policjantów, to w bardzo krótkim czasie większość kierowców pozbawiona zostałaby prawa jazdy (ciekawe, czy w 
ogóle je mają??) Kota stanowi do nas przyjemną niespodziankę. W założeniu stanowiła tylko miejsce noclegu po drodze, a okazuje, że jej zabytki są naprawdę 
godne obejrzenia. Pośrodku miasta, na wyspie na jeziorze widać pałac 
Jag Mandir. Jedziemy do Pałacu Miejskiego, pochodzącego z XVII w. W pałacowych 
apartamentach widoczne jest bogate dziedzictwo kulturowe Koty. Każdy skrawek powierzchni pokrywają malowidła, mozaiki, kompozycje z luster. Wracamy 
do hotelu, który także znajduje się w zabytkowym budynku i ładnie się prezentuje.
28.01.2009 środa
(Kota - Bundi - Jaipur) 
W drodze do Jaipuru zatrzymujemy się w 
Bundi. Miasto jest często nazywane nieodkrytym klejnotem Radźastanu. Położone w dolinie otoczone jest murami, 
biegnącymi grzbietami wzgórz. Podjeżdżamy pod znoszący się na jednym z nich
 pałac Garh. Do pałacu wchodzimy przez monumentalną Bramę Słoni. 
Turystów tu jest naprawdę niewielu. Oprócz nas po pałacu kręci jeszcze tylko jakaś para Europejczyków. Choć pałac także prosi się o renowację jest naprawdę 
piękny. Można w nim oglądać 
malowidła ścienne o różnej tematyce - przestawiające legendy i ceremonie religijne, sceny myśliwskie i inne sceny z życia 
dworu. Jedziemy dalej do Jaipuru. Wśród uczestników ruchu drogowego zaczynają pojawiać się także 
wielbłądy, a w samym Jaipurze słonie. 
Jaipur nazywany jest Różowym Miastem, gdyż wiele jego budowli ma fasady w tym kolorze. Zwiedzanie rozpoczynamy od Centralnego Muzeum Rządowego, 
zwanego 
Albert Hall. Następnie przejeżdżamy w pobliże Jantar Mantar i Pałacu Miejskiego. Jantar Mantar jest największym i najlepiej zachowanym 
obserwatorium, które zbudował władca i budowniczy Jaipuru, który również był astronomem. Instrumenty- budowle w obserwatorium wyglądają jak jakieś 
futurystyczne rzeźby. Przechodzimy do zespołu 
Pałacu Miejskiego, składającego się z bogato zdobionych oddzielnych pałaców. Jedziemy przez miasto. Sunil 
pokazuje nam miejsce, gdzie w pobliżu bazaru, w ubiegłym roku, w wyniku ataku terrorystycznego, zginęły 63 osoby, a wielu zostało rannych. W drodze do 
hotelu, znajdującego się w pobliżu Fortu Amber, zatrzymujemy się przy jeziorze, na którym można zobaczyć 
Pałac na Wodzie (Jal Mahal). Wieczorem 
robimy sobie spacer po drogach, w pobliżu hotelu.
29.01.2009 czwartek
(Jaipur - Pushkar) 
Rankiem podjeżdżamy pod 
Fort Amber. Wielu turystów wyjeżdża tam na słoniach, nas jednak Sunil podwozi na parking przy wejściu, resztę drogi pokonujemy
 pieszo. Twierdzę zbudowano pod koniec XVI w. na ruinach wcześniejszego fortu. Z dużego dziedzińca poprzez wysoką bogato zdobioną
 bramę wchodzimy 
do
 kompleksu pałacowego z ogrodem na środku. Pałac zbudowany jest na wzgórzu był chroniony przez mury twierdzy Jaigarh, ciągnące się na sąsiednich 
wzgórzach. Mur  ma 11 km i nazywany jest 
Mini Murem Chińskim, gdyż trochę go przypomina. Przy murze fortu siedzą zaklinacze kobr. Na chwilę w tym 
uczestniczymy. Kobry nie są chyba jednak groźne, gdyż zaklinacze pozwalają nawet je pogłaskać. Przejeżdżając przez miasto, zatrzymujemy się przy Hawa 
Mahal zwanemu 
Pałacem Wiatrów. Budynek ma ciekawą bardzo zdobną fasadę w kolorze różu z licznymi wykuszowymi oknami i ażurowymi balkonami. Jest 
on bardzo wąski. Ma szerokość zaledwie jednego pomieszczenia. Został on wybudowany dla kobiet haremu, by mogły obserwować sobie gwarne życie ulicy. 
Dość wcześnie docieramy do świętego miasta hinduizmu - Pushkaru, więc przed rozpoczęciem zwiedzania mamy czas na odpoczynek i kąpiel w basenie. Sunil 
podwozi nas na główną ulicę miasta i rozpoczynamy zwiedzanie. Wchodzimy na dziedziniec
 świątyni Rangji - wcieleniu Wiszny. Jest ona przykładem 
architektury południowych Indii. Idziemy dalej w kierunku najważniejszej świątyni Pushkaru - świątyni Brahmy. Po raz pierwszy i jak się okazuje ostatni 
spotykamy Polaków- uczestników wycieczki po Indiach i Nepalu. Świątynię obejrzeć warto, choć jest tam bardzo brudno, trudno przejść, oczywiście boso, 
między odchodami ptaków. Pełno tam małych os, które przylatują, zwabione zapachem ofiarowanych kwiatów oraz zjadających je małp. Wracamy i schodzimy 
ku jeziorze. 
Jezioro uważane jest za święte. Jak głosi legenda, powstało z płatków lotosu, które wypadły z dłoni Brahmy - Pana Stworzenia. Jezioro otoczone 
jest 
świątyniami i 52 ghatami. Po stopniach ghatu pobożni hindusi schodzą do jeziora i obmywają się z grzechów. Jak wielu innych ludzi czekamy na zachód 
słońca i wracamy do hotelu.
30.01.2009 piątek
(Pushkar - Ranakpur - Udaipur) 
Ruszamy już o 5 rano. Kiedy się rozjaśnia nasz kierowca robi krótka przerwę, widać, że nawet on ma dość jazdy po ciemku, kiedy trzeba być cały czas 
maksymalnie skoncentrowany i gotowy na wszystko. Po drodze zatrzymuje się w miejscu, gdzie może wydawać się, że dość poważnie cofnęliśmy się w czasie. 
Wieśniak podąża
 za chodzącym w koło wołem, który napędza wyciąg z zamontowanymi małymi naczyniami, za pomocą których z głębokiej studni wyciąga się
 wodę, która następnie jest rozprowadzana wymurowanymi kanałami. Docieramy do jednego z najświętszych miejsc dżinizmu - kompleksu świątyń w 
Ranakpurze, wybudowanego w XV w. Niestety, w najważniejszej z nich - świątyni Adinath trwają obrzędy religijne i jest niedostępna do zwiedzających. 
Oglądamy ją z zewnątrz, a następnie idziemy do głównego kapłana, by poprosić, choć o możliwość zerknięcia do wnętrza. Uzyskujemy pozwolenie i przez 
chwilę możemy podziwiać sanktuarium, w którym znajdują się 1444 filary, pokryte różnymi rzeźbami o motywach roślinnych. 
Podczas przejścia miedzy świątyniami mamy okazję obejrzeć pracę ulicznego dentysty. Na krawężniku siedzi pacjent z rozdziawioną gębą, a dentysta coś mu w 
niej grzebie. Sprzęt dentystyczny wyjmowany jest z niekoniecznie lśniącej czystością walizeczki, które otwarta stoi obok pacjenta.
Jedziemy dalej do Udaipuru, zatrzymując się na chwilę nad jeziorem Fateh Sagar. Następnie oglądamy ogród Saheliyon ki Bari, w którym znajdują się piękne 
fontanny i gdzie możemy podziwiać egzotyczne dla nas drzewa i krzewy. Podjeżdżamy do hotelu, którego wygląd przypomina pałac i po krótkim odpoczynku 
ruszamy na miasto. Najciekawszym zabytkiem jest 
Pałac Miejski, stanowiący zespół kilku pałaców budowanych od XVI do XX w. Jego fasada zwieńczona 
jest licznymi 
balkonami, kopułami i wieżyczkami. Wewnątrz kryje się labirynt królewskich apartamentów, salonów i dziedzińców, połączonych ze sobą 
wąskimi przejściami i stromymi schodami. Bogactwo zdobień jest naprawdę imponujące. Z okien pałacu z jednej strony roztacza się widok na miasto, a z drugiej 
na jezioro Picola z 
Pałacem na Jeziorze (Jag Nivas), letnią rezydencją królewską, w którym obecnie mieści się luksusowy hotel. Po wyjściu z pałacu 
wstępujemy do świątyni poświęconej bogowi Wisznu - 
Jagdish Mandir. Wracając, gubimy się trochę w wąskich uliczkach. Jest to zdarzenie tak niezwykłe, by 
ktoś z turystów tam się zapuszczał, więc gdy jesteśmy na następnej ulicy, mieszkańcy już o tym wiedzą i wskazują nam dalszą drogę.
31.01.2009 sobota
(Udaipur - przelot do Aurangabadu - Ellora - Aurangabad) 
Rankiem Sunil odwozi nas na lotnisko  i tam  się już z nim żegnamy. Niestety nasz samolot ma 2 godziny opóźnienia. Na lotnisku jest niewielu pasażerów, więc 
pracownicy linii lotniczych Kingfisher, z których usług korzystamy, od razu nas wyłapują, przepraszając nas i oferując coś do picia i przekąszenia na koszt 
firmy. Nasz lot nie był chyba dla nich opłacalny, gdyż na pokładzie mieszczącego 64 osoby turbośmigłowca jest zaledwie 15 pasażerów. Na lotnisku w 
Aurangabadzie czeka na nas następny samochód z kierowcą, niestety prezentującym zupełnie inny styl jazdy niż Sunil - strasznie szarpany. Dowozi nas do 
hotelu i po krótkiej przerwie jedziemy do odległej o 30 km 
Ellory, by zwiedzać zespół 34 wykutych w skałach grot - świątyń.  Groty wykute są w skalnej 
ścianie o długości 2 km. Dzielą się na 3 grupy - buddyjskie, hinduskie i dźinijskie. Najstarsze z nich, buddyjskie, pochodzą z VII - VIII w., a najnowsze z XIX w. 
Najwspanialszą ze wszystkich jest grot 16. - 
świątynia Kajlasanatha. Ma ona wymiary 81 x 47 m. Grota miała przedstawiać górę, będącą świętą siedzibą boga 
Śiwy. Różni się ona od pozostałych, gdyż wygląda, jak kompletny budynek, ze ścianami i dachem. Pozostałe 
groty posiadają tylko wyrzeźbioną fasadę i sięgają 
wgłąb skalnej ściany. Wnętrza są bogato zdobione, w poszczególnych grupach są dość podobne do siebie. W Ellorze po raz pierwszy podczas naszego pobytu 
w Indiach spotykamy się z dość natrętnymi sprzedawcami różnych towarów. W drodze powrotnej do Aurangabadu zatrzymujemy się na chwilę na targu, 
usytuowanym przy wejściu do twierdzy Daulatabad. Twierdzy już nie zwiedzamy, za to kupujemy na targu jakieś dziwne i nieznane nam 
owoce
W Aurangabadzie zwiedzamy jeszcze mauzoleum Bibi ka Makbara. Budowla ta, wzniesiona około 30 lat później niż oryginał, miała być imitacją Taj Mahal. 
Jest także wykonana z białego marmuru, jednak do bogactwa zdobień oryginału wiele jej brakuje. 
W hotelu mamy trochę ubawu z zakupionymi owocami. Po konsultacji z obsługą okazuje się, że środek jednego z nich, który zakwalifikowaliśmy do wyrzucenia,
 jest tą częścią, którą właśnie należy spożywać. Do tej pory nie wiemy, jakie owoce jedliśmy.
1.02.2009 niedziela
(Aurangabad - Ajanta - Aurangabad  - Mumbai) 
Rano ruszamy do odległej ponad 100 km Ajanty. Także tu znajduje się zespół 
grot skalnych, wykutych w skałach klifu w kształcie podkowy. Ostatni odcinek 
trzeba pokonać autobusami, które kursują nieustannie od parkingu do wejścia do zespołu grot. Są one znacznie starsze od tych w Ellorze. Zostały wykute od II 
w. p.n.e. do VII w n.e. Jedną z najbardziej znanych jest grota 26., w której 7-metrowa rzeźba przestawia
 leżącego umierającego Buddę
Wracamy do Aurangabadu. Czeka nas nocny przejazd do Mumbaju. Ponieważ, już trochę zapoznaliśmy się z ruchem drogowym, wolimy ruszyć wcześniej, by 
jak najwięcej trasy pokonać przed zapadnięciem zmroku. Jednak jazda przechodzi nasze wyobrażenia, chyba nawet w żadnej grze komputerowej na kierowcę na 
czeka tyle niespodzianek. Jedziemy cały czas wpatrzeni w drogę, mając nadzieje, że przeżyjemy. W pewnym momencie łapiemy gumę. Opony w naszym aucie 
pozbawione są prawie w ogóle bieżnika, przypominają slicki stosowane w Formule 1. Kierowca wymienia koło na rezerwowe - nienapompowane. Po 
napompowaniu okazuje się, że niestety też nie trzyma powietrza. Kierowca zawraca w kierunku stacji benzynowej. Okazuje się, że w jej pobliżu znajduje się  
"zakład wulkanizatorski ". Składa się z budki, skleconej z blachy, obok której leżą opony, których stan techniczny przypomina te, z naszego samochodu i 
naczynia z wodą. Oświetlenie stanowi wisząca na drucie żarówka. Wymianą i zalepieniem dętki zajmuje się może 9-letni chłopczyk, wykonując wszystkie 
czynności ręcznie. Tracimy tam 2 godziny. Na szczęście, założyliśmy sobie sporą rezerwę czasową, a droga na koniec znacznie się poprawiła i na czas 
docieramy na lotnisko w Mumbaju.
2.02.2009 poniedziałek
(Mumbai - przelot do Goa - Varca) 
Odprawa naszego samolotu rozpoczyna się punktualnie, ale na tym szczęście się kończy. Startują samoloty do chyba wszystkich miast w Indiach, z którymi 
Mumbaj ma połączenie, a my wciąż czekamy. Wreszcie z ponad 2-godzinnym opóźnieniem wylatujemy. Chyba to taki standard. 
Na lotnisku czeka na nas kierowca, który zawozi nas do ośrodka w miejscowości Varca, położonego nad samym morzem. Rozpoczynamy prawie 5-dniową labę, 
trochę sobie ją urozmaicając. 
3.02.2009 wtorek
(Varca - Goa - Varca) 
Nasz pakiet pobytowy obejmuje wycieczkę do starego Goa. Po obiedzie podjeżdża po nas minibusik. Z wycieczki, oprócz nas korzysta jeszcze para 
miejscowych i Anglicy. Z resztą, ośrodek jest dość pustawy, jest jeszcze większa grupa Anglików, jacyś Francuzi i bardzo specyficzni goście Rosjanie, ale tym 
wspomnę później. W pierwszej kolejności zostajemy zawiezieni do Priolu, gdzie możemy obejrzeć ponoć najwspanialszą świątynię hinduistyczna Goi - 
XVIII-wieczną 
Shri Mangesh. Następnie jedziemy do Starej Goi. Zwiedzanie rozpoczynamy od Bazyliki Bom Jezus. Wielki barokowy kościół został 
wzniesiony przez jezuitów w 1594. Wewnątrz można obejrzeć 
grób z relikwiami św. Franciszka Ksawerego - patrona Goi. Przechodzimy obok Kościoła św. 
Franciszka z Asyżu, oglądamy Kaplicę św. Katarzyny, a następnie idziemy nieco dalej pod 
klasztor św. Jana Bożego i ruiny kościoła i klasztoru św. 
Augustyna. Z budowli, która była kiedyś największym kościołem w Indiach, zostały fragmenty 46 metrowej dzwonnicy i resztki murów. Tempo zwiedzania, 
narzucone nam przez kierowcę, jest stanowczo za duże i w zasadzie oglądamy wszystko  po łebkach . Taki jest niestety urok zorganizowanych wycieczek. W 
ramach wycieczki mamy jeszcze zapewniony rejs po rzece Mandowi. Sądziliśmy, że wycieczka będzie miała charakter krajoznawczo-przyrodniczy, tymczasem 
nasz statek, jak i wszystkie inne obok, to pływająca dyskoteka, podczas której występują także 
zespoły folklorystyczne. Z rejsu wracamy już po zapadnięciu 
zmroku. 
4 5.02.2009 środa, czwartek
(Varca) 
Odpoczywamy, urozmaicając sobie pobyt w ośrodku, który znajduje się na całkowitym bezludziu, wypadem do odległego około 5 km centrum miejscowości, w 
której przebywamy. Oglądamy tam kościół, z dość 
dziwnym ołtarzem oraz robimy zakupy. Gdy prosimy o reklamówki, żeby je zabrać dostajemy kartonowe 
pudła. Obiecałem wspomnieć coś o współtowarzyszach naszego pobytu. Kilkuosobową grupę stanowią Anglicy, którzy całe dnie spędzają nad basenem, mimo, 
że dzieli go zaledwie 100 m od morza. Są też Rosjanie - jedna młoda dziewczyna z chłopakiem, który bardziej sprawia wrażenie jej goryla oraz starsze osoby. 
Starsze panie wydają polecenia obsłudze w jedynie słusznym i właściwym języku, to znaczy po rosyjsku, mimo, że nie jest to język obsłudze znany. 
Uśmialiśmy się podczas obiadu, gdy jedna z pań, o tuszy dość znacznej wybierała sobie jedzenie. Nie kosztowała żadnych specjałów kuchni indyjskiej, 
naprawdę bardzo smacznych, lecz zapełniła talerz po brzegi plastrami ananasa i do tego doładowała około 20 babeczek (wszystkie, które zostały, a stanowiły 
deser dla wszystkich klientów). 
Piękna, szeroka piaszczysta plaża, jest prawie wyludniona. Miejscowi narzekają, że ilość turystów bardzo się zmniejszyła, na co na pewno miał wpływ atak 
terrorystyczny w Mumbaju. Gdyby nie 
krowy, które codziennie rankiem przechodziły obok nas i bezpańskie psy, które bardzo garnęły się do ludzi, byłoby 
bardzo pusto. Od czasu do czasu plażą przechodzą obnośni sprzedawcy, jednak nie są oni tacy natrętni, jak na przykład Arabowie. 
6.02.2009 piątek
(Varca - Goa - przelot do Mumbaju) 
Do południa jeszcze odpoczywany, ale po obiedzie musimy już jechać na lotnisko. Lot przebiega bez przeszkód, więc po godzinie jesteśmy w Mumbaju. Tam 
dajemy się trochę nabrać jakimś kombinatorom, podczas przejazdu do hotelu. Po przejechaniu paru kilometrów przesadzają nas do innych taksówek, biorą 
chyba cały zysk a ci drudzy taksówkarze jadą z nami za grosze, ale i tak cena jest o połowę niższa niż przejazd taksówką hotelową. 
7.02.2009 sobota
(Mumbai) 
Pakujemy się, zostawiamy nasze bagaże przy recepcji i ruszamy na zwiedzanie Mumbaju. Nasz hotel mieści się prawie w centrum, więc po paru minutach 
jesteśmy przy fontannie Flory, skąd idziemy do zabytkowej dzielnicy zwanej Kala Ghoda (Czarny Koń). Gdyby nie inne szczegóły, patrząc na budynki, 
można by myśleć, że jest się jakimś angielskim mieście. W dzielnicy znajduje się wiele budynków w stylu wiktoriańskim, z gmachem
 uniwersytetu na czele. Po 
obejściu tej dzielnicy kierujemy się ku 
Wrotom Indii - najsłynniejszemu budynkowi miasta. Naprzeciw mieści się hotel Taj Mahal, który 2,5 miesiąca 
wcześniej był jedną z aren krwawego zamachu terrorystycznego. Hotel jest odgrodzony, na zewnątrz nie widać specjalnie śladów zniszczenia, jedynie można 
zauważyć, że remontowany jest mały fragment spalonego dachu. Centrum Mumbaju nie wygląda już tak dziadowsko, jak Delhi, bardziej przypomina miasta 
europejskie, jednak i tu można dostrzec indyjskie smaczki. Można przez nieuwagę wejść do obiadu biedaków, którzy spożywają go bezpośrednio na chodniku, 
spotkać 
ulicznego fryzjera. Widzimy również uliczne, składane biuro, które świadczy usługi w zakresie pisania na maszynie. Po drodze w kierunku ratusza 
przy płocie swoje usługi oferują czyściciele uszu. Przechodząc obok ciekawego budynku Poczty Głównej dochodzimy do budynku dworca kolejowego 
Victoria 
Terminus.
 Jest on najefektowniejszym przykładem stylu wiktoriańskiego  w Indiach. Zdobiony wieloma kopułami, strzelistymi wieżyczkami i łukami, 
naprawdę robi wrażenie. Powoli wracamy do hotelu. Spędzamy trochę czasu na dachu, który traktowany jest jako taras restauracji. Mimo, że nocleg mieliśmy 
opłacony tylko na jedną noc, obsługa udostępniła nam pokój i przed wieczornym przejazdem na lotnisko możemy się trochę odświeżyć.
8.02.2009 niedziela
(Mumbai - przelot do Dubaju - przelot do Frankfurtu - wyjazd z Frankfurtu ) 
Choć, na lotnisko przybyliśmy wiele godzin przed planowanym odlotem, niewiele brakowało, by odleciał on bez nas. Gdy przyjechaliśmy na lotnisko, kończyła 
się jeszcze odprawa poprzedniego samolotu linii Emirates do Dubaju, więc wiedzieliśmy, gdzie odprawiane są samoloty tych linii i spokojnie drzemiąc 
oczekiwaliśmy na rozpoczęcie odprawy. Cały czas status naszego samolotu pokazywany był jako"planowy", bez wskazania stanowisk, gdzie ma odbyć się 
odprawa. Po poprzednich doświadczeniach z indyjskich lotnisk, nie dziwiliśmy się, że może nastąpić opóźnienie wylotu. Na 1,5 godziny przed odlotem, gdy 
nic się nie zmieniało, zaczęliśmy się jednak niepokoić. Niestety informacja była w nocy nieczynna. Zaczęliśmy chodzić po terminalu i okazało, że odprawa 
naszego samolotu jest już prawie zakończona na drugim końcu lotniska na stanowisku indyjskich linii lotniczych. Nie było żadnego komunikatu na ten temat, 
podejrzewamy, że inni pasażerowie byli informowani o tym przy wejściu na lotnisku, gdzie wszystkim sprawdzano bilety, a nas nikt nie poinformował, bo 
byliśmy tak wcześnie. Szybko przemieściliśmy się na drugi koniec lotniska i dzięki grzeczności pasażerów, czekających na kontrolę osobistą, którzy przepuścili 
nas do przodu w tasiemcowej kolejce, zdążyliśmy. 
Wczesnym rankiem wylądowaliśmy w Dubaju. W drodze powrotnej zaplanowaliśmy sobie trochę dłuższą przerwę, by móc zwiedzić miasto. Przed wyjazdem 
załatwiliśmy drogą elektroniczną wizy, dzięki którym było to możliwe. Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na budzące się dopiero do życia Stare Miasto. 
Elementy tej starości dość trudno było dostrzec. Na śniadanie zamawiamy placki dosa masala, mające może 70-80 cm średnicy. Przemieszczamy się pod 
meczet 
Jumeirah
. Planując zwiedzanie Dubaju, myśleliśmy, że uda nam się obejrzeć najciekawsze obiekty na piechotę. Chyba pomyliła nam się skala mapy, bo miasto 
jest bardzo przestronne, a taksówka, którą ostatecznie bierzemy pokonuje z nami ponad 100 km. Taksówkarzem, jak się okazuje jest Hindus. Oglądając 
nowoczesne wieżowce, które praktycznie wszystkie powstały w ostatnich kilkunastu latach mamy wrażenie, jakbyśmy nie tylko przemieścili się w przestrzeni, 
ale także wiele lat w czasie. Jest to chyba raj dla architektów, których wszystkie nawet najśmielsze wizje są realizowane. Podziwiamy najwyższy hotel świata 
7-gwiazdkowy 
Burj Al Arab, jedziemy na zabudowaną ogromnymi budynkami sztuczną wyspę usypaną w kształcie palmy - Palm Jumeirah, z hotelem 
Atlantis
 na czubku. Oglądamy najwyższy budynek na świecie, jeszcze nie ukończony Burj Dubai o wysokości 818 m. Wszystko jest tu przemyślane do 
końca, z obsadzeniem roślinnością, sztucznym nawodnieniem. Droga stanowiąca oś miasta ma po 7 pasów ruchu w każdym kierunku, mimo, że ruch nie jest 
specjalnie duży. Przy drodze widać klimatyzowane przystanki autobusowe. Po obejrzeniu tego miasta, z innej bajki, wracamy na równie 
nowoczesne lotnisko
skąd czeka nas już ostatni przelot do Frankfurtu. Trochę dziwnie wyglądamy na lotnisku w sandałach na nogach na początku lutego, lecz po odebraniu bagażów 
odziewamy się i zostajemy przewiezieni na parking. Tam odbieramy samochód i ruszamy. Jesteśmy zmęczeni po nieprzespanej nocy, a perspektywa nocnej 
jazdy i nieprzespania kolejnej nocy nie wydaje nam bezpieczna i po przejechaniu ponad 100 km zatrzymujemy się na noc w przyautostradowym motelu.
9.02.2009 poniedziałek
(- Łaziska Górne) 
Odsypiamy zaległości i mając prawie cały czas słoneczną pogodę spokojnie koło 16.30 docieramy do domu. 
Wyprawa do Indii była dotychczas najtrudniejsza do przygotowania. Mając świadomość, że raczej szybko tam nie wrócimy, chcieliśmy wiele zobaczyć. Jest to 
jednak wielki kraj i w związku z tym, trzeba było latać także na miejscu. Wiemy, że i tak jest tam mnóstwo ciekawych rzeczy, których nie obejrzeliśmy, ale 
zawsze trzeba dokonać jakiegoś wyboru. Planując trasę nie przypuszczaliśmy, że przemieszczanie samochodem odbywa się aż tak wolno i w tak wręcz 
ekstremalnych warunkach. Zjeździliśmy już wiele krajów, także takich, w których ruch drogowy odbywa się w innych standardach niż europejskie, ale 
samodzielną jazdę po Indiach trudno sobie wyobrazić. Nawet zakładając, że szczęśliwie nic by się nie stało po drodze, trudno byłoby znaleźć drogę. 
Drogowskazy występują w ilościach naprawdę śladowych, nigdzie nie dostrzegliśmy tablic z nazwami miejscowości, trudno więc się nawet zorientować, gdzie 
się jest. Brak jest drogowskazów, kierujących do nawet najbardziej znanych zabytków. W miastach trudno byłoby znaleźć drogę do hotelów, gdyż nawet 
znajomość adresu w niczym nie pomaga, gdyż tabliczek z nazwami ulic prawie nigdzie nie ma. Jeśli chodzi o to, czego się trochę obawialiśmy, to znaczy 
ewentualnych kłopotów żołądkowych, to nic takiego nas nie spotkało. Potrawy kuchni indyjskiej bardzo nam zasmakowały, choć dla niektórych wiele z nich 
może być zbyt ostre. Obserwując poziom higieny, jaki tam panuje nie próbowaliśmy żywić się jednak okazyjnie, lecz korzystaliśmy przeważnie z restauracji 
hotelów, w których nocowaliśmy. Do hoteli nie możemy mieć żadnych zastrzeżeń, wszędzie było czyściutko, przewyższyły nawet nasze oczekiwania. 
Korzystaliśmy z hoteli 3-gwiazdowych, przypuszczamy, że w tych najtańszych tak różowo już nie jest.Indie potrafią zadziwić. Wrażenia z Indii pozostaną na 
długo w pamięci, a naprawdę trudno je przekazać, to trzeba zobaczyć na własne oczy.

Marek Cebula